Przez lata uczyłyśmy się prostej, życiowej matematyki: albo czujesz się świetnie, albo „masz te dni”. Kiedy więc na tydzień przed krwawieniem budzisz się z ochotą na zamordowanie partnera za to, że zbyt głośno oddycha, a potem płaczesz na reklamie karmy dla psów, zwalasz to na okres. Mamy dla Ciebie biologiczną aktualizację: to nie okres. To faza lutealna, czyli najbardziej niedoceniany horror hormonalny naszych czasów.
Zacznijmy od wyprostowania największego mitu, który krąży po babskich pogaduszkach. Kiedy faktycznie dostajesz okresu, Twoje hormony... właściwie zaczynają się resetować i powoli budzić do życia. Prawdziwe igrzyska śmierci dzieją się chwilę wcześniej.
Faza lutealna,. to ta urocza druga połowa cyklu – czas od owulacji do pierwszego dnia miesiączki. W teorii to biologiczna jesień, gdzie estrogen, który wcześniej dawał Ci energię jak u Beyonce, nagle szoruje po dnie, a władzę przejmuje progesteron. W podręcznikach piszą, że progesteron ma nas „wyciszać i relaksować”. W praktyce, u większości współczesnych, przebodźcowanych kobiet, działa jak zły czar. Przynosi stany lękowe, tkliwość piersi, mgłę mózgową i zatrzymywanie wody w stopniu, który sprawia, że Twoje ulubione jeansy nagle deklarują niepodległość. Czy to jest irytujące? Cholernie.
Zamiast jednak przez dwa tygodnie w miesiącu udawać, że wszystko jest super, a potem wybuchać przy kasie w Biedronce, czas na cycle syncing. Czyli, mówiąc po ludzku: zhakowanie tego systemu, zanim on zhakuje Ciebie.
W fazie lutealnej Twój poziom kortyzolu (hormonu stresu) skacze od samego patrzenia na listę zadań do wykonania. Jeśli w tym stanie zmuszasz się do morderczego cardio, crossfitu czy innego wyciskania siódmych potów, Twój organizm nie myśli
„O, jak pięknie dbamy o formę!”. On myśli: „Goni nas niedźwiedź, uciekamy, ratunku!”.
W efekcie, zamiast spalać tkankę tłuszczową, Twoje ciało w panice zaczyna jeszcze mocniej magazynować wodę na czarną godzinę. Jeśli więc po treningu w tej fazie czujesz się bardziej spuchnięta niż przed – gratulacje, właśnie zafundowałaś sobie hormonalny sabotaż. Co Ty robisz dziewczyno? Mówi wewnętrzny głos i odpowiada sobie natychmiast - nie wiem. Zamień katowanie się na siłowni na jogę, pilates albo po prostu szybki spacer, podczas którego możesz w myślach bezkarnie krytykować przechodniów. Ruch jest super, by rozruszać limfę, ale niech to będzie ruch, który nie każe Ci walczyć o życie.Luzuj.
Znasz ten moment, kiedy nagle o 22:00 stajesz w świetle lodówki, zastanawiając się, czy zagryzienie śledzia czekoladą to już przesada? Spokojnie, to nie brak silnej woli. W fazie lutealnej Twój metabolizm spoczynkowy naprawdę przyspiesza. Ciało zużywa więcej energii, bo szykuje się na potencjalną ciążę (nawet jeśli Ty wcale się na nią nie szykujesz). Potrzebujesz wtedy realnie około 100-300 kalorii więcej dziennie. Brzmi absurdalnie? Do pewnego momentu tak, ale lepiej zapoznać się z naukowymi artykułami i spróbować zrozumieć, niż się stresować.
Zamiast jednak walczyć z naturą za pomocą listka sałaty, a potem pęknąć i zamówić pizzę w rozmiarze XXL, nakarm ten głód mądrze. Postaw na węglowodany złożone – kasze, pieczywo pełnoziarniste i spróbuj rezygnować z pszenicznych, może płatki owsiane. One stabilizują poziom cukru we krwi, dzięki czemu nie będziesz mieć nagłych zjazdów energetycznych. A jeśli musisz zjeść czekoladę, weź tę gorzką, z wysoką zawartością kakao, choć i ona ma w cholerę cukru. Przynajmniej ma mnóstwo magnezu, który naturalnie rozluźnia spięte mięśnie i ratuje przed skurczami. Dorzuć do tego zdrowe tłuszcze z awokado czy orzechów – Twój progesteron bardzo je lubi.
My kobiety terminatory. Idziemy w legalny tryb "Do Not Disturb"
Największym błędem, jaki popełniamy podczas fazy lutealnej, jest oczekiwanie od siebie, że będziemy tak samo produktywne, towarzyskie i uśmiechnięte jak w fazie owulacji. Otóż nie będziemy. Biologicznie jesteś wtedy zaprogramowana na powrót do jaskini i unikanie ludzi.
Jeśli masz ochotę odwołać piątkowe wyjście na drinka, zaszyć się pod kocem z serialem i iść spać o 21:00 – zrób to i nie miej z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Twoja głowa potrzebuje teraz świętego spokoju, a odcięcie się od nadmiaru bodźców, to najlepszy biohacking, jaki możesz sobie podarować. Słuchanie własnego organizmu i dawanie sobie dyspensy na bycie aspołeczną bułą przez kilka dni w miesiącu to nie egoizm. To najwyższa forma nowoczesnego dbania o siebie. Twoje otoczenie na pewno Ci za to podziękuje.
autor: doktor Łucja (redakcja modnymagazyn.pl)
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu modnymagazyn.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz